9.1. USA Alaska - DENALI 6194 m
Aug 28, 2014Public
Photo: 1 DZIEŃ - POCZĄTEK WYPRAWY NA LODOWIEC

Rozpoczyna się nasza wyprawa na najwyższy szczyt kolejnego kontynentu. W tym roku zamierzamy, szósty rok z rzędu, zdobyć szóstą górę z korony ziemi czyli Denali na Alasce. Jest to jeden z najtrudniejszych szczytów z korony ziemi. Niektórzy uważają, że nawet trudniejszy od Everestu za względu na bardzo niskie temperatury spowodowane silnymi mroźnymi wiatrami z Arktyki dochodzącymi do -50 stopni Celsjusza. Denali jest nazywane najzimniejszą górą na planecie. Po raz kolejny decydujemy się na wyprawę bez pomocy lokalnych przewodników i organizujemy wszystko na własną rękę.
Photo: Dnia 26 maja 2014 w poniedziałek spotykam się we Frankfurcie z Jackiem, który przyleciał bezpośrednio z Anglii. Następnego dnia mamy wylecieć na Alaskę ale do ostatniej chwili nie wiemy w ile osób. Nasza grupa wstępnie miała się składać z sześciu osób. 
Rano zaskoczyła nas miła niespodzianka, bo się dowiedzieliśmy, że Piotrek może jednak z nami wyjechać i oczekujemy na jego przylot z Warszawy.
Photo: 2 DZIEŃ - PRZYSTANEK ALASKA

Po południu nadajemy bagaże do samolotu na Alaskę. W składzie Jacek i dwa Piotrki ustawiamy się w kolejce do odprawy. Zwróciliśmy uwagę na dziewczynę przed nami w kolejce z plecakiem i naszywką "Everest Climbing Expedition - Polish Team 2013 ". Zapytałem "Kto był ostatnio na Evereście "? "Monika Witkowska" odpowiedział Jacek. " A ja mam jej książkę w plecaku" dodał Piotrek. Sprawdziliśmy obrazki w książce dla pewności ... no tak, świat jest rzeczywiście mały. (www.monikawitkowska.pl) Tym samym samolotem lecimy do naszego wspólnego celu nazywającego się Denali.
Photo: Wylatujemy 14.10 z Frankfurtu i dolatujemy do największego na Alasce miasta Anchorage o godzinie 13.50 tego samego dnia. Po drodze rozmawiamy z podróżniczką, alpinistką, żeglarką" i dziennikarką w jednej osobie. Na koniec podróży otrzymaliśmy dedykację w Moniki książce "Everest. Góra gór". Na lotnisku w Anchorage celnicy po prześwietleniu naszych bagaży znaleźli u Jacka dwie torebeczki z jedzeniem i postraszyli go mandatem 300$ na przyszłość. Nie mieliśmy rezerwacji ani pomysłu na nocleg, więc po wylądowaniu wspólnie pojechaliśmy do centrum miasta aby się zatrzymać gdzieś na noc. Ten dzień był wyjątkowo długi , bo miał dodatkowe 10 godzin dlatego wcześnie poszliśmy zmęczeni spać.
Photo: 3 DZIEŃ - PRZYGOTOWANIE SPRZĘTU DO WSPINACZKI 

Nie mieliśmy wszystkich ubrań potrzebnych do naszej wyprawy oraz kompletnego sprzętu do wspinaczki wysokogórskiej. Dlatego we trójkę od rana rozpoczęliśmy poszukiwania wypożyczalni z tego typu rzeczami. Bardzo byliśmy zaskoczeni brakiem takiej możliwości, bo przez ostatnie 6 lat tak z Jackiem robiliśmy przy wcześniejszych wyprawach. Nie mając wyboru wybraliśmy brakujące akcesoria i przymierzyliśmy potrzebne ubrania, prosząc o odłożenie na dzień kolejny. Oprócz wykorzystywanych do tej pory w górach raków, czekanów, uprzęży, lin, karabińczyków potrzebowaliśmy jumarów, śrub lodowych, rakiet śnieżnych, łopat sniegowych i mnóstwo innych drobnych niezbędnych przedmiotów.
Photo: Wieczorem spotkaliśmy się z moją znajomą Mirną z Gwatemali. Jak przystalo na Amerykański stan mieliśmy do wyboru Pizza Hut, KFC, McDonald lub Subway. Zdecydowaliśmy się więc na pizzę i degustację lokalnego piwa. W nocy do Moniki dojechali pozostali uczestnicy jej Polskiej Ekspedycji. Zbyszek Bąk (www.homohibernatus.eu), kolejny zdobywca Everestu, przyjechał z Polski z kolejnymi sześcioma osobami zamierzającymi wspiąć się na Denali.
Photo: 4 DZIEŃ - ZAKUPY W MIEŚCIE ANCHORAGE

Rano robimy zakupy żywności według sporządzonej wcześniej listy. Zakupy są bardzo spore ponieważ zapasy jedzenia muszą nam w górach wystarczyć na 3 - 4 tygodnie . Do tego dodatkowy namiot, śpiwór i 24 butle gazu do gotowania i topienia śniegu. Gdy mamy pewność , że nie mamy możliwości pożyczenia potrzebnych nam rzeczy to pod koniec dnia kupujemy wybrane i odłożone przez sprzedawców produkty. Akcja górska jeszcze się nie zaczęła a już widzimy , że jej koszty będą ogromne i największe z przeprowadzonych do tej pory wypraw. Mamy za to odczucie, że jesteśmy do niej przygotowani najlepiej.
Photo: W ogólnospożywczym hipermarkecie WalMart można kupić strzelby i pistolety na niedźwiedzie i inną dziką zwierzynę, co było dla nas największym zaskoczeniem. Potem się przekonaliśmy, że ludzie lokalni noszą przy sobie broń. 
W sklepie ze sprzętem do wspinaczki spotykamy dwie dziewczyny , które tak jak my samotnie bez przewodnika , zamierzają się wspinać razem na Denali. Najbardziej zaskoczyło nas to, że jedna dziewczyna przyjechała z Indii a druga z Brazylii. Potem na trasie wiodącej na szczyt wielokrotnie się spotkaliśmy. Wieczorem się spakowaliśmy i byliśmy przerażeni wielkością naszych bagaży. Rano planowaliśmy wyjazd i była to nasza ostatnia noc w cywilizowanych warunkach, dlatego całą noc pracowałem na komputerze zanim zostaliśmy odcięci od świata w śniegach lodowca na kilka tygodni
Photo: 5 DZIEŃ - PODRÓŻ DO MIEJSCOWOŚCI TALKEETNA

O godzinie siódmej nad ranem przyjechał po nas do Anchorage Amerykanin Donny dużym autem. Mieliśmy sporo bagażu. Po drodze wstąpiliśmy do miejscowości Wasilla , gdzie mieszka i ma swoją firmę. Tam odebraliśmy nasze zakupy internetowe wysłane na jego adres. W podziękowaniu za pomoc otrzymał od nas butelkę Żubrówki przekazanej od jego przyjaciela Geo, który się wyprowadził z Alaski do Krakowa 20 lat temu. Po kilku godzinach dojechaliśmy do Talkeetna gdzie w południe byliśmy umówieni ze Strażnikami Parku Narodowego na szkolenie i wydanie zezwolenia. Pierwszym widokiem w miasteczku był łoś chodzący po ulicy, potem się dowiedzieliśmy, że przez najbliższe dni będzie zła pogoda i nie możemy się dostać pod lodowiec. W siedzibie Rangersów otrzymaliśmy uproszczone szkolenie z latarkami w ręku bo nie było prądu, instrukcje co nam wolno a czego nie, miesięczne zezwolenie na wstęp do parku, oraz pojemnik CMC  z woreczkami na odchody aby nie zanieczyszczać parku.
Photo: W firmie "K2 aviation" zapłaciliśmy po 580 $ za bilet na samolot , który miał nas zawieść do podnóża lodowca Kahiltna. We trzech ustawiliśmy się w kolejce w hangarze z naszymi bagażami ważącymi około 200 kg. Ponieważ oczekiwanie na lepsze warunki pogodowe i nasz lot zapowiadało się nie na kilka godzin tylko na kilka dni, to wieczorem spotkaliśmy się w lokalnym barze z polską ekspedycją poznaną w Anchorage. Był to piątkowy wieczór więc odwiedziliśmy lokalny piknik i koncert w plenerze oraz pozwiedzaliśmy okolice. Poznaliśmy miejscowych ludzi, którzy nas zaprosili na ognisko i opowiedzieli o Alasce. Tego dnia też mieliśmy czas odwiedzić cmentarz osób poległych w czasie wojny i ginących co roku przy wchodzeniu na szczyt Denali.
Photo: 6 DZIEŃ - ODPOCZYNEK I OCZEKIWANIE NA WYLOT POD LODOWIEC

Pogoda nadal bardzo zła, zimno, deszcz, słaba widoczność . Wiemy , że przez całą sobotę nigdzie nie wylecimy , bo żadna awionetka nie może wystartować. Lot samolotem pod lodowiec jest jedynym stosowanym przez wspinaczy rozwiązaniem na pokonanie 100 km dystansu. Nikt nie jest skłonny przed ciężką wyprawą na lodowcu przez tydzień czasu przeprawiać się przez rzeki, lasy i bagna. Natomiast piloci kilku małych lokalnych firm transportowych wyczekują odpowiednich warunków na lot. Dobra pogoda musi być zarówno na lotnisku jak i na lodowcu.
Photo: Wylądowanie na lodowcu na śniegu samolotem i potem wystartowanie z niego przy mocnych wiatrach pomiędzy górami jest nie lada sztuką. Dlatego podobno tutaj zatrudnia się najlepszych tylko pilotów, słabi piloci rozbijają samoloty i giną razem z klientami. 
Tego dnia Rangersi odzyskali prąd , więc Piotrek i Jacek poszli oglądać prezentacje multimedialną. Ja zostałem w tzw. "Bunks house" udostępnionym przez firmę transportową K2, gdzie nocowaliśmy i odsypiałem wcześniejszą nie przespaną noc. Tam poznaliśmy młodego odważnego Japończyka o imieniu Masa , który zamierzał zdobyć kilka szczytów i z nich zjechać na wypożyczonych nartach z flagą swojej szkoły.
Photo: 7 DZIEŃ - 1 czerwiec ( 2200 m n.p.m.) : 
WYLOT Z WIOSKI TALKEETNA NA LODOWIEC KAHILTNA

Niedzielny poranek nie wskazuje na poprawę pogody, więc leniwie rozpoczynamy dzień śniadaniem ... chleb tostowy, dżem i kakao. Sprawdzamy pogodę, lotnisko, hangar, bagaże. Na lotnisku spotykamy już drugą polską ekipę kierującą się tam gdzie my. W sześcioosobowej grupie polaków poznajemy Olgę, która rok wcześniej była w ekspedycji na Everest. Pomogła nam zakupić radia, udzieliła kilku wskazówek i życzyła powodzenia. Ludzie czekają na wylot dużo więcej niż my , bo nawet tydzień. Jesteśmy daleko w kolejce. Ale pogoda na Alasce potrafi się zmieniać z godziny na godzinę jak by nie była zależna od prognoz pogody. Nagle zaskoczenie i poruszenie. Kilka godzin lepszych warunków. Kilkanaście awionetek gotowych do startu. Szybkie pakowanie bagażu do samolotów. Instrukcje bezpieczeństwa od pilota w 5 minut. Wsiadamy we trójkę z trzema Niemcami do jednego samolotu.
Photo: Większość wyruszyła od razu do kolejnego, wyższego obozu. Natomiast my spokojnie bez nerwów zostawiliśmy namioty w miejscu gdzie wylądowaliśmy. Wykopaliśmy otwór na 2 metry głębokości aby złożyć tzw. depozyt ( gaz i jedzenie) , który możemy odkopać po kilku tygodniach gdyby znowu nie było pogody i bylibyśmy zmuszeni do czekania na samolot np. tydzień. Spotkaliśmy kolejnych rodaków, którzy zeszli z góry i czekali na samolot aby się wydostać z lodowca. Było to małżeństwo z Łodzi ze swoim Tatą. Poznali nas po chwili rozmowy i stwierdzili, że pamiętają mnie i Jacka jak dwa lata temu się spotkaliśmy i im pomogliśmy w Argentynie podczas wejścia na Aconcagua. Po miłych chwilach wspomnień przekazali nam nie pocieszające wiadomości. Nie udało im się zdobyć szczytu, jedna osoba w ich 3 osobowym zespole się rozchorowała, w tym roku mało osób zdobywa szczyt bo zaledwie 24% próbujących, natomiast dwumiesięczny sezon dopiero się zaczął a już zdarzyły się wypadki śmiertelne.
Photo: 8 DZIEŃ - 2 czerwiec ( 2300 m n.p.m.) : 
DROGA DO BAZY NUMER 1 - "SKI HILL"

Pierwsza noc pokazała jak niskie temperatury panują na lodowcu. Śpiwór miałem do temperatur minus 20 stopni, spałem w ubraniach a mimo to bardzo zmarzłem. Byłem przerażony co będzie dalej jeśli juz pierwszej nocy nie mogłem spać z zimna. Rano topimy śnieg bo potrzebujemy wodę do herbaty i śniadania. Schodzi z góry kolejnych pięciu Polaków, potwierdzają nam , że jest trudno, zimno , niebezpiecznie ... im też się nie powiodło zdobycie szczytu niestety.
Po śniadaniu składamy namioty i nasz obóz, nasze około 200 kg bagażu rozkładamy równomiernie do plecaków i na trzy plastikowe sanie do ciągnięcia po śniegu, wiążemy się liną dla bezpieczeństwa i wyruszamy przed siebie wzdłuż trasy wiodącej na szczyt. Pierwszy odcinek jest łatwy do przejścia ponieważ schodzimy 200 metrów w dół i jest łatwo ciągnąć sanie.
Photo: Zmęczeni rozbiliśmy obóz w sporej odległości przed właściwą "bazą nr 1 - Ski Hill" w sąsiedztwie, jak się później okazało,dwóch namiotów geodetów amerykańskich. Pracowali tam od kilku tygodni i powiedzieli nam, że z każdej z otaczającej nas góry muszą zebrać po siedem kamyczków i je przebadać aby zrozumieć ruchy skał. W ramach relaksu po pracy zbudowali koło namiotu ze śniegu smoka i łódź z wikingiem. 
Gdy po południu na obiad gotowaliśmy makaron ze smacznymi dodatkami,zobaczyliśmy jak wiele tego dnia wylądowało samolotów z kolejnymi wspinaczami. Nasze 3 namioty przy trasie ominął pozdrawiając nas najpierw Japończyk Massa, potem Zbyszek i Karolina z polską ekipą to poczęstowaliśmy ich suszoną wołowiną. Dotarła też Monika poznana w samolocie i wstąpiła na herbatę, na koniec dnia spotkaliśmy nawet Brazylijkę i Hinduskę poznane w sklepie w Anchorage to się zatrzymały u nas na dłużej i zapaliły z nami shishę. Z tego powodu nazwały nas "shisha brothers" a my je "Himalaya sisters", bo wspinały się już w Himalajach.
Photo: 9 DZIEŃ - 3 czerwiec ( 2700 m n.p.m.) : 
DROGA DO BAZY NUMER 2 - "KAHILTNA PASS"

Kolejna zimna noc na lodowcu. Nie pomogła mi druga warstwa ubrań i drugi polar do śpiwora. Kilkudziesięciostopniowe mrozy znowu nam dokuczyły w nocy a odciski na nogach od nowych butów będą się powiększały przy kolejnym dniu marszu z saniami pod górę. Złożyliśmy namioty i ku naszemu zdziwieniu ujrzeliśmy dwie przerażone osoby schodzące z góry. Usłyszeliśmy , że w polskim obozie powyżej w jednym z namiotów wieczorem doszło do wybuchu gazu i zapalił się namiot. Oprócz małych oparzeń nic groźnego nikomu się nie stało, ale jest problem bo dwie osoby nie mają gdzie spać. Dlatego pomogliśmy pożyczając Polakom jeden z naszych trzech namiotów co bardzo ich ucieszyło, bo musieliby zakończyć swoją wyprawę.
Photo: Kierujemy się z naszymi saniami dalej w górę. Gdy wjechaliśmy do właściwej bazy drugiej to nas ugościły "Himalaya sisters" wspaniałym indyjskim czajem z mlekiem. Chwilę potem czekało nas strome podejście, które wycisnęło z nas wiele potu. Góra nie była tak litościwa jak dzień wcześniej, ale za to wynagradzała nasz trud cudownymi widokami. Odciski na stopach utrudniają podejście i zmęczeni rozkładamy obóz poniżej "Kahiltna Pass". Wybraliśmy miejsce gdzie nikogo nie było w pobliżu. Trochę ryzykujemy , bo jest to teren zagrożony lawinami, ale za to mamy gotowe wykopane platformy pod namiot i nie musimy dużo kopać naszymi łopatami śniegowymi aby osłonić się od wiatru. Na obiad Jacek przygotował wyśmienity ryż z tuńczykiem i sosem chilies. Na noc, aby nie zmarznąć po raz kolejny, założyłem ubrania puchowe.
Photo: 10 DZIEŃ - 4 czerwiec ( 3350 m n.p.m.) : 
DROGA DO BAZY NUMER 3 - "MOTORCYCLE HILL"

Jesteśmy zadowoleni, że w nocy nie zeszła na nasz namiot żadna lawina. 
Przeważnie wstajemy około godziny 9 , bo dopiero wtedy słońce wschodzi, mróz odpuszcza, wilgotny namiot zaczyna przesychać, topimy śnieg, robimy herbatę, przygotowujemy śniadanie. W pierwszym tygodniu naszym stałym punktem menu była herbata z cukrem i cytryną, nutella lub dżem z chlebem lub krakersami, płatki owsiane z kakao. Codzienny "rytuał" składania obozu z każdym dniem zabierał mniej czasu. Pakowanie plecaków, chowanie śpiworów, zwijanie karimat, składanie namiotów, ubieranie uprzęży i raków, zakładanie rakiet śnieżnych, wiązanie sanek i potem samych siebie w linę. Wyruszamy znowu jako jedni z ostatnich na szlaku. Mamy do pokonania strome podejścia.
Photo: Gdy nawigacja GPS pokazuje nam wysokość 2950 m n.p.m. ,czyli tam gdzie powinien się znajdować Kahiltna Pass Camp, nie widzimy żadnego namiotu tylko kilka pustych platform. To było bardzo mylące , bo ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu Campu nr. 2 nie wiedząc , że go właśnie ominęliśmy. Gdy się zorientowaliśmy, było już za późno aby zawracać i zebraliśmy ostatnie siły aby dotrzeć do trzeciego Campu o 400 metrów wyżej. Był to bardzo długi i trudny dzień. Ostatnie podejście było najbardziej strome ze wszystkich do tej pory. Pokonaliśmy łącznie od wylądowania na lodowcu prawie 20 km , nogi zmęczone od wędrówki, ramiona nas bolały od plecaków , stopy miały odciski od nowych butów, biodra nadwyrężyliśmy ciągnięciem sani, na tej wysokości 3000 metrów zaczęliśmy też już odczuwać podczas wysiłku brak tlenu w powietrzu. 
Po drodze spotkaliśmy kilka osób wracających do domu. Każdy powtarzał nam to samo, że było załamanie pogody, przez tydzień przesiedzieli w namiotach i że nie udało im się zdobyć szczytu.
Photo: 11 DZIEŃ - 5 czerwiec ( 4040 m n.p.m.) : 
WYNIESIENIE DEPOZYTU DO PRZEŁĘCZY "WINDY CORNER" 

Tego dnia nie składamy swoich namiotów tylko pakujemy rano plecaki i zamierzamy wynieść w górę do depozytu około 60 kg jedzenia na dalsze etapy wyprawy. Nie będziemy już też wyżej wciągali naszych plastikowych sanek, dlatego od tej pory wszystko musimy wynosić na plecach. Wyruszyliśmy około południa, podobnie jak polska ekspedycja. Z taką tylko różnicą, że oni przenosili obóz o 1000 metrów wyżej , byli bardzo obładowani bagażami przemieszczając się powoli i z łatwością pozwolili się wyprzedzić. Liczba polskiej drużyny tego dnia zmalała z 8 do 6 osób.Niestety małżeństwo biorące udział w ekspedycji zrezygnowało z wyprawy i wróciło na dół kierując się do domu.
Photo: Docieramy do naszego celu czyli przełęczy "Windy corner" na wysokości 4040 m n.p.m. Tam wiatr jest jeszcze silniejszy a mróz jeszcze większy. Piotrek i Jacek szybko wykopali otwór w śniegu i przebili się przez lód aby zakopać wyniesione przez nas jedzenie na dalsze etapy wyprawy. W tym czasie ustawiłem GPS na drogę powrotną aby się zabezpieczyć przed zgubieniem trasy, gdyż widoczność i pogoda szybko się pogarszała. Spięci liną uciekamy na dół do obozu. Po drodze mijamy japończyka Massę i polską ekipę przenoszącą do góry cały obóz. Życzymy im powodzenia i podziwiamy ich wytrwałość, że robią to w tak trudnych warunkach pogodowych. 
Na ostatnim odcinku, najbardziej stromym, przed samym obozem "Motorcycle Hill" widoczność była tak tragiczna, że ledwo widziałem mocno jaskrawo-czerwony plecak Piotrka z odległości kilku metrów. Okulary miałem zaparowane, trasa po całym dniu była rozdeptana na kilka ścieżek, opady i wiatr przykryły ślady,ekran w GPS przymarzł i nie był czytelny.W efekcie idąc pierwszy zgubiłem drogę
Photo: 12 DZIEŃ - 6 czerwiec ( 3350 m n.p.m.) : 
DZIEŃ ODPOCZYNKU W BAZIE NUMER 3 - "MOTORCYCLE HILL "

Po dniu pełnym wrażeń i wcześniejszych dniach dużego wysiłku robimy sobie dzień odpoczynku. Pogoda jest piękna więc mamy czas i możliwości porobienia zdjęć obozu i okolicznych krajobrazów. Odpoczywamy , śpimy, czytamy, planujemy atak szczytowy, słuchamy muzykę, siorbamy yerba mate, palimy shishę, gotujemy jedzenie i pijemy dużo napojów. Aby organizm się prawidłowo za klimatyzował do zwiększającej się wysokości musimy spożywać po 4 litry płynów na osobę. Nie jest to takie proste do uzyskania bo kilkudziesięciostopniowe mrozy powodują, że wszystko natychmiast zamarza. Dlatego na bieżąco musimy topić śnieg na małym palniku gazowym i ta czynność zabiera codziennie kilka godzin czasu. 
Z jednej strony nam powiewała flaga Armii amerykańskiej a z drugiej strony flaga College'u z Maryland , więc wywiesiliśmy koło namiotu polską flagę przeznaczoną na atak szczytowy.
Photo: W obozie życie się toczy swoim tempem. Wiele ekip korzysta z ładnej pogody, pakuje swoje obozy i wyrusza do góry. Lokalni przewodnicy uczą swoich klientów rzucania się po śniegu i wbijania czekana w śnieg. Żołnierze Armii amerykańskiej, którzy mieli rozbite namioty w naszym sąsiedztwie, głośno dyskutują w swojej stołówce. Studenci Collage z Maryland po drugiej stronie okopują swoje namioty od śniegu. Niektórzy wynoszą depozyty do wyższej wysokości lub wchodzą na lekko w celu aklimatyzacji. Dwóch chłopaków rzuca się po śniegu łapiąc piłkę do rugby. Szwajcarzy wyszli wcześnie rano gdzieś z nartami zostawiając puste namioty i flagę. Koreańczyk chodzi z łopatą po całym obozie i szuka swojego depozytu, który kiedyś zakopał a teraz nie pamięta gdzie. Pięciu śmiałków wyrusza z nartami bez liny w górę lodowca aby potem z niego zjechać i zostawić symetryczne zygzaki .... Piotrek ich naliczył 25.